|
Nie wierzę w jungowską „podświadomość zbiorową” , a przynajmniej
nie w takim znaczeniu, z jakim się zetknąłem. Wierzę jednak, że w większości
są to wspólne opowieści, które społeczności ludzkie same tworzą, ponieważ
pomaga im to łączyć się w jedną całość.
Najważniejszy
jest sposób, w jaki określamy swoją tożsamość, nierozerwalnie związaną
z naszym odkrywaniem przypadkowości. Wszystko w przyrodzie opiera się
na przyczynie mechanicznej: bodziec A wywołuje reakcję B. Ale niemal
zaraz po opanowaniu języka mówionego, uczy się nas całkowicie odmiennego
systemu: przyczyny celowej , kiedy jakaś osoba angażuje się w zachowanie
B, by otrzymać rezultat A. Nieważne, czy wynikiem był rezultat X lub
Y, a nie A. Kiedy chodzi o ocenę ludzkiego zachowania, szybko się uczymy,
że najbardziej liczy się opowieść o celu zachowania jakiejś osoby.
Na pewno znacie zdania będące oceną moralną: „Dlaczego
to zrobiłeś?” , „Nie chciałem tego zrobić” , „Ja tylko próbowałem cię zaskoczyć” .
„Chcesz mnie poniżyć przed wszystkimi?” Ja zaharowuję się na śmierć nie
po to, żebyś ty mógł wyjść i...” . Wszystkie te stwierdzenia zawierają
jakieś treści lub zachęcają do ich tworzenia; to historie o naszym zachowaniu,
w które wierzymy, nadają im wartość moralną. Nawet najokrutniejsi lub
najsłabsi z nas muszą znaleźć coś, co usprawiedliwi, a nawet uszlachetni
wady naszego charakteru. W dniu, kiedy to piszę, burmistrz pewnego wielkiego
amerykańskiego miasta, aresztowany za zażywanie kokainy, naprawdę stanął
przed kamerami i powiedział:; „Uważam, że tak ciężko pracowałem dla ludzi,
iż nie miałem czasu na zaspokojenie moich własnych potrzeb” . Cóż to za
opowieść – zażywanie narkotyku przedstawione jako altruistyczne, bezinteresowne
zachowanie! W istocie nie chodzi tu wcale o prawdę; sęk w tym, że wszyscy
ludzie zajmują się układaniem opowieści o sobie, tworząc historie, w które
sami chcą wierzyć, historie o nich samych, w jakie – a bardzo tego pragną – uwierzyliby inni ludzie, historie o innych ludziach, w które sami wierzą,
i wreszcie historie o nich samych i o innych, które, jak się obawiają,
mogą być prawdziwe.
Nasza tożsamość jest zbiorem takich opowieści, w które
z czasem sami uwierzyliśmy. Jesteśmy bombardowani wymyślonymi przez
innych historiami o nas samych; nawet nasze wspomnienia filtrowane są
przez opowieści, które sami stworzyliśmy dla zinterpretowania wydarzeń
z naszej przeszłości. Korygujemy swoją tożsamość, poddając rewizji naszą
własną opowieść o nas samych. Psychoterapeuci-tradycjonaliści kładą
duży nacisk na ten proces: myślałeś, że wybierasz postępowanie X, ale
w rzeczywistości twoim podświadomym celem było zachowanie Y. Ach, teraz
już siebie rozumiem! Ale ja tak nie uważam – sądzę że w chwili, gdy
uwierzyłeś w tę nową opowieść, po prostu skorygowałeś swoją tożsamość.
Nie jestem już osobą, która wybrała postępowanie X, lecz tą, którą coś
popycha do zachowania Y, choć nawet sobie nie zdaje z tego sprawy. W
rezultacie pozostajesz ta samą osobą, która dokonała tych czynów. Tylko
twoja opowieść się zmieniła.
Wszystko to związane
jest z tożsamością jednostek, których tragedia polega na tym, że nigdy
nie poznają prawdziwej przyczyny swego zachowania. A jeśli nie możemy
poznać samych siebie, prawdziwe poznanie innej istoty ludzkiej jest
nieosiągalne. W takim razie zachowanie innych ludzi zawsze musi być
nieprzewidywalne. A przecież żadna ludzka społeczność nie mogłaby istnieć,
gdybyśmy nie mieli mechanizmu, który sprawia, że czujemy się bezpieczni
ufając , iż zachowanie ludzi opiera się na pewnych przewidywalnych wzorcach.
A te przewidywalne wzorce nie wynikają wyłącznie z naszego osobistego
doświadczenia, musimy znać je do pewnego stopnia, wiedzieć, jak postąpi
w większości sytuacji inny członek tej samej społeczności, zanim jeszcze
poddamy go obserwacji.
Istnieją dwa rodzaje opowieści,
które nie tylko dają nam złudzenie rozumienia zachowania innych ludzi,
lecz także czynią wiele, by te złudzenia wydawały nam się prawdziwe.
Każda społeczność ma swoją epikę: zbiór opowieści o tym, co to znaczy
być jej członkiem. Historie te mogą się wywodzić ze wspólnych doświadczeń:
czy kiedykolwiek słyszałeś dwóch katolików odwołujących się do katechizmu
lub wspominających zakonnice, które uczyły ich w katolickiej szkole?
Mogą też być wytworem wspólnego dziedzictwa, przenoszącego poczucie
tożsamości społecznej przez czas i przestrzeń. Dlatego Amerykanie nie
widzą niczego niewłaściwego w nazywaniu Jerzego Waszyngtona „naszym” pierwszym prezydentem, choć żaden z żyjących Amerykanów nie był jego
współczesnym, a większość ma niewielu przodków, którzy wtedy żyli. To
dlatego Amerykanin żyjący w Los Angeles może usłyszeć o czymś, co wydarzyło
się w Springfield w stanie Illinois lub Springfield w stanie Massachusetts
i powiedzieć: „Tylko tutaj w Ameryce...” .
Oczywiście przynależność do danej społeczności nigdy
nie jest absolutna. Równie dobre ta sama osoba mogłaby powiedzieć: „My,
mieszkańcy Los Angeles” , lub „My, mieszkańcy Kalifornii, na pewno nie jesteśmy
tacy” , potwierdzając w ten sposób epikę innej wspólnoty. Lecz im ważniejsza
jest dla nas określona grupa ludzi, tym związane z nią historie wywierają
większy wpływ na formowanie naszego światopoglądu i na kształtowanie naszych
zachowań. Myślę, że nie tylko dzieci słuchają tradycyjnego gderania: „Nie
obchodzi mnie co robią dzieci innych ludzi. W naszej rodzinie...” . Epika
każdej społeczności zawiera starodawne opowieści, które określają, co
jej członkowie robią, a czego nie. „Żaden porządny baptysta nigdy by...” ,
„tak jak prawdziwy Amerykanin” . A historie definiujące tożsamość jakiejś
osoby, częstokroć interpretowane są przez rolę, jaką odgrywa ona w owej
społeczności. „Wszyscy jesteśmy tacy dumni z ciebie, synu” . „To odpowiednia
rola dla młodych...” . „po prostu chciałbym (chciałabym), żeby inni młodzi
ludzie byli bardziej do ciebie podobni:. „Mam nadzieję, że odczuwasz dumę,
dając taki przykład innym dzieciom” . „A teraz każdy pomyśli, że my wszyscy
Murzyni/Rotarianie/Żydzi/Amerykanie jesteśmy tacy jak ty!” . W ten sposób
nie tylko określają nas epickie opowieści społeczności, do których należymy,
lecz także my sami naszym zachowaniem pomagamy je korygować (gdybym miał
omówić to zagadnienie szczegółowo, opowiedziałbym o roli obcych w kształtowaniu
epiki danej społeczności oraz o epice negatywnej. Ale jest to tylko esej,
nie książka).
Drugi rodzaj opowieści kształtujących ludzkie zachowania
tak, abyśmy mogli razem żyć, uważa się za nie związany z żadną konkretną
społecznością. Opowieść ta ma charakter mityczny; ci, którzy w nią wierzą
są przekonani, iż określa ona zachowanie istot ludzkich. Historie te
nie opowiadają, jak ten lub inny człowiek zachował się w pewnej sytuacji.
Dotyczą one zachowania ogółu w takich wypadkach.
Wszystkie
opowieści zawierają elementy epickie i mityczne. Fikcje literackie i
święte księgi są wyjątkowo dobrze przystosowane do przekazu mitów, ponieważ
z samej swej definicji fikcja nie jest związana z jakimiś rzeczywistymi
ludźmi w realnym świecie, zaś wyznawcy danej religii uważają swoje pismo
święte za uniwersalną prawdę, a nie za opis konkretnej sytuacji – tak
jak zazwyczaj rozumie się historię. Prawdziwy też, choć niezbyt ważny
jest fakt, że zarówno fikcja literacka , jak i święte księgi są również
epiką, odzwierciedlającą wartości i założenia moralne społeczności,
która je wytworzyła – dlatego że ich odbiorcy wierzą iż owe historie
są uniwersalne i z czasem zaczynają zachowywać się tak, jak gdyby rzeczywiście
takie były.
Lecz nie cała fikcja literacka jest
w równym stopniu mityczna. Niektóre powieści mówią o szczegółach, są
przywiązane do jakiegoś czasu i miejsca i nawet do jakiejś postaci w
świecie realnym. Dlatego też powieść historyczna lub współczesna powieść
realistyczna z silnym zaznaczeniem miejsca może sprawić, że jej czytelnik
powie: „Ci ludzie są/byli dziwnie” , a nie posunie się do bardziej enigmatycznej
wypowiedzi: „Ludzie na pewno są dziwni” lub jeszcze bardziej ogólnikowej:
„Nigdy nie wiedziałem(łam), że ludzie byli tacy:, a nawet do całkowicie
bałamutnego stwierdzenia: „Tak, ludzie są właśnie tacy” .
Może
się wydawać, że fikcja literacka staje się bardziej nieprawdopodobna,
gdy oddziela się od możliwych do zidentyfikowania, wywodzących się ze
świata realnego wzorców, ale to nie odłączenie od rzeczywistości czyni
ja mityczną – gdyby bowiem tak było, wszystkie nasze legendy mówiłyby
o szaleńcach. Opowieść nabiera bardziej tajemniczego charakteru wtedy,
gdy dotyczy rzeczy i osób przekraczających rzeczywistość. Śródziemie
Tolkiena, stworzone we Władcy pierścieni, jest tak bogate w szczegóły,
że czytelnicy odnoszą wrażenie, iż zwiedzili jakąś rzeczywistą krainę;
jednak jest to kraj, w którym zachowania ludzkie nabierają ogromnego
znaczenia po to, aby skutki moralne (dobre lub złe wybory i działania
jakiejś osoby) i wydarzenia przypadkowe (dlaczego się zdarzają; sposób
w jaki działa świat) stały się bardziej wyraziste. Znajdujemy tam Aragorna,
który nie tylko jest szlachetny, lecz także stanowi ucieleśnienie Szlachetności.
Podobnie dzieje się z innymi bohaterami: Frodo, z chęcią dźwigający
ciężkie brzemię, jest uosobieniem takiej postawy życiowej. Natomiast
wierny sługa Samwise to personifikacja Służby jako takiej.
W
ten sposób możemy najłatwiej badać w fantasy nie ludzkie zachowania,
ale samą Ludzkość. Badając, jednocześnie ją definiujemy; a definiując,
wymyślamy ją. Ci z nas, którzy wysłuchali jakiejś historii i uwierzyli
w jej prawdziwość (nawet jeśli nie wierzymy w przytoczone w niej fakty),
zachowują ją w pamięci i jeśli wywarła odpowiednio duże wrażenie, działają
według podanych przez nią wzorców. Ponieważ pamiętam , że oglądałem
Zagładę Świata oczami Sama Gamgee, zdaję sobie sprawę, że władza opętała
tych, którzy po nią sięgnęli, a jeśli ich całkowicie nie zniszczyła,
to stracili oni część samych siebie, próbując się od niej uwolnić. Wątpię,
abym w przełomowych momentach mego życia przywoływał wspomnienia z Władcy
pierścieni i świadomie używał ich jako wzorca do naśladowania – zresztą, kto ma czas na podobne procesy myślowe, kiedy wyboru trzeba
dokonać szybko? Podświadomie jednak pamiętam, iż byłem osobą, która
dokonała pewnych wyborów i że na poziomie podświadomości nie wierzę,
abym ja sam – lub ktokolwiek inny – rozróżniał wspomnienia osobiste
i wspomnienia społeczności do której należę. . Wszystkie one są opowieściami
i naśladujemy te, w które wierzymy, i na których nam najbardziej zależy,
słowem te, które stały się częścią nas samych.
Podsumowując
to co powiedziałem o fantasy, że może ona stać się niezwykle
bogatym źródłem opowieści mitycznych – muszę jednak podkreślić, iż większość
takich powieści (jak wiele innych rodzajów fikcji literackiej), nie
wykorzystuje całego swojego potencjału. A zresztą, ponieważ mają one
wywierać wpływ na podświadomość swoich czytelników, często najlepszą
powieścią fantasy nie jest ta, która odnosi największe sukcesy
i wydaje się najbardziej mityczna; zdarza się, że najlepszymi powieściami
fantastycznymi są te, które wydają się bardzo realistyczne i szczegółowe.
Myślę, że po części właśnie dlatego Tolkien wystrzegał się alegorii.
Zawarty w nich świadomy przekaz odbierany jest przez intelekt; nigdy
nie wywiera on tak wielkiego wpływu jak opowieści, których mityczne
związki – symbole i postacie – odbierane są podświadomie. Ja sam doszedłem
do wniosku, że odnoszące największe sukcesy pisarstwo fantastyczne polega
na tym, że autor(ka) nie zdaje sobie sprawy z elementów mitycznych wywierających
największy wpływ na czytelników.
Dlatego też,
choć najlepsze powieści fantasy tworzą autorzy, usiłujący przedstawić
jak najlepszą konkretną historię, posługując się przy tym inscenizacjami
i wydarzeniami dającymi wielką swobodę wyobraźni tak, że wątki mityczne
mogą wypłynąć z ich podświadomości i odegrać ważną rolę w opowieści.
Pisarz-fantasta, pracujący wedle z góry ułożonego planu, nigdy nie osiągnie
tak wiele, jak jego kolega (koleżanka) po piórze, którego (rą) zaskakują
najlepsze momenty w jego (jej) opowieściach.
Widzicie
więc, że nie definiuję fantasy w taki sposób, jak czyni się to we współczesnych
opracowaniach na ten temat. Kiedy wydawcy mówią o fantasy, zazwyczaj
mają na myśli opowieści, których akcja rozgrywa się w jakimś pseudośredniowiecznym
świecie i gdzie magia odgrywa mniejszą lub większą rolę. Na pewno można
nadal pisać dobre powieści tego rodzaju w podobnej scenerii, ale ponieważ
takim światem posługiwano się w romansach jeszcze przed Chaucerem, nie
sposób zatem wierzyć większości autorów, że pisząc pozwolili sobie na
swobodną grę wyobraźni. Większość takich „fantastów” chowa gdzieś głęboko
swoją wyobraźnię, zanim wejdzie na ten mityczny jarmark, przychodzą
bowiem, by kupować, a nie sprzedawać.
Warto tez
podkreślić, że dzieła tych autorów często bardzo dobrze się sprzedają;
istnieje bowiem liczne grono czytelników, którzy kupują powieści fantasy,
by potwierdzić swoją istniejącą już wizję Sposobu, W jaki Powinien Kręcić
się Świat. A niektórzy wybitni fantaści pozostają nieznani szerszemu
ogółowi, ponieważ ich mityczny świat jest tak niezwykły, rzuca tak wielkie
wyzwanie czytelnikom, iż niewielu z nich ma ochotę pozostać w nim dłużej.
Kiedy jednak jakiś pisarz ma bujną wyobraźnię – i pisze pięknym stylem – wielu ludzi chłonie jego opowieść jak gąbka wodę, zdając sobie sprawę,
że aż do tej chwili ich istnienie było wielką pustynią, po której błądzili,
nie zdając sobie sprawy, jak bardzo dręczyło ich pragnienie.
Prawdziwi
fantaści nie chcą powielać mitów innych pisarzy. Muszą odkryć własne.
Zapuszczają się więc w najniebezpieczniejsze , niezbadane zakamarki
ludzkiej duszy, gdzie istniejące już historie nie wyjaśniają, co ludzie
myślą, czują i czynią. W owym przerażającym miejscu znajdują zwierciadło;
pozwala im ono dostrzec przelotnie jakiś prawdziwy obraz. Potem wracają
i podnoszą lustro, które, w przeciwieństwie do jego odpowiedników w
świecie realnym, zatrzymuje obraz pisarza na chwilę, dostatecznie długo,
abyśmy i my mogli dostrzec blask zacienionej od dawna duszy. W tym właśnie
momencie łączymy się z mitycznym bohaterem (ką), stajemy się wówczas
inną osobą; i nosimy w sobie to rzadkie, cenne zrozumienie aż do śmierci.
|