My, wyzyskiwacze Trzeciego Świata

Mirror artykułu zamieszczonego tutaj.
Adam Leszczyński 12-12-2003, ostatnia aktualizacja 12-12-2003 20:40

 

Za sprawą systemu dopłat rolnych w Unii Europejskiej znajdziemy się wkrótce po stronie uprzywilejowanych w niesprawiedliwym systemie globalnego handlu produktami rolnymi

Po studiach w Kampali, stolicy Ugandy, Ambrosius Kibuuka wrócił do swojej rodzinnej wioski. Na stołecznym uniwersytecie Makerere studiował na wydziale, na którym wykłada się, jak pomagać biednym wieśniakom (sam się wśród nich wychował) – uczyć dzieci rachunków, pomagać rodzącym krowom i mówić farmerom, jak mają uprawiać swoje nędzne poletka. Ojciec Ambrosiusa należał do średniaków – w odróżnieniu od wielu innych miał ziemię, choć było jej tyle, że każde niedożywione wiejskie dziecko mogło przerzucić kamień z jednego krańca pola na drugi. Za mikroskopijnym domkiem z wypalanych domowym sposobem cegieł, pokrytym dachem z blachy falistej, stary farmer hodował bananowce. Niewiele jednak miał z nich pożytku.

- Chociaż nasze banany są bardzo tanie, nie możemy ich sprzedawać do Europy – wyjaśniał Ambrosius. – Europejczycy mówią, że nie spełniają norm.

Banany były znacznie krótsze i miały trochę inny kształt niż te, które pamiętałem z naszych sklepów. Smakowały jednak co najmniej równie dobrze.

- Jeszcze gorzej od hodowców bananów mają ci, którzy uprawiają trzcinę cukrową – mówił Ambrosius. – Przeciętni farmerzy dostają po kilkanaście, góra kilkadziesiąt dolarów za roczne zbiory. Jak można za to wysłać dzieci do szkoły?

Ojciec Ambrosiusa i jego sąsiedzi padli ofiarą mechanizmu, który ma zapewnić ich europejskim i amerykańskim kolegom wysoki poziom życia. Skomplikowany i kosztowny system dopłat sprawia, że europejscy i amerykańscy rolnicy – chociaż produkują znacznie drożej niż zarabiający średnio 30 dol. miesięcznie Ugandyjczycy – mogą sprzedawać produkty rolne na światowym rynku po niższych cenach. Równocześnie za pomocą wysokich ceł i rozmaitych innych barier – np. odpowiednio "ustawionych” norm sanitarnych – kraje bogate odcinają żywności z Trzeciego Świata dostęp do własnych rynków. W ten sposób najbiedniejsi tracą zyski z eksportu jedynych towarów, jakie mogą wyeksportować i które mogłyby się stać "kołem zamachowym" ich gospodarek (przemysłu przecież nie mają).

Dlaczego ma nas to obchodzić? 1 czerwca 2004 r. zmieni się nasze miejsce w systemie handlu produktami rolnymi. Wejdziemy do Unii, klubu państw, które stworzyły system dopłat do rolnictwa. Jak krzyczą antyglobaliści i lewicowi radykałowie – znajdziemy się w doborowym gronie światowych wyzyskiwaczy. Jak mówią liberalni ekonomiści – dołączymy do grona antyrynkowych protekcjonistów, którzy pod presją rolnego lobby wydają miliardy dolarów na dopłaty do drogiej i nieefektywnej gałęzi produkcji, szkodząc zarówno rodzimym konsumentom, jak i miliardom biedaków na całym świecie.

Jak udusić dopłatami

Sześć tysięcy kilometrów na północ od Ugandy, w Warszawie, eksperci od handlu międzynarodowego słuchają historii afrykańskiego rolnika bez zdziwienia.

- Nie od dzisiaj wiadomo, że system dopłat jest niesprawiedliwy dla Trzeciego Świata – mówi prof. Jan Michałek, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego.

- Polityka handlowa krajów rozwiniętych obiektywnie szkodzi rozwojowi państw najbiedniejszych – dodaje Marian Brzóska, wieloletni pracownik Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa, doradca ds. rolnictwa w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej i ekspert Zespołu Konsultacyjnego Prezydenta RP.

- Polityka rolna Unii Europejskiej była i jest niesprawiedliwa dla biednych krajów – podsumowuje prof. Jan Wilkin z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.

Jakie są podstawowe instrumenty tej polityki? Eksperci wyliczają:

Przede wszystkim – ceny gwarantowane. Rolnicy w krajach Unii Europejskiej wiedzą, że niezależnie od sytuacji na rynku (np. nadprodukcji, która w warunkach wolnego handlu wywołałaby spadek cen) mogą sprzedać to, co wyprodukują, po ustalonych wcześniej cenach. – Służy to w pewnym stopniu stabilizacji rynku, ale przede wszystkim zapewnieniu poziomu dochodów producentom – komentuje prof. Michałek. – Jeżeli np. dopłacamy 63 euro do tony rzepaku, to o tyle taniej kupują ją producenci oleju – tłumaczy Brzóska. – W ten sposób obniżamy też cenę żywności przetworzonej, co sprawia, że łatwiej ją sprzedawać na rynku międzynarodowym.

Cenom gwarantowanym towarzyszą dopłaty do eksportu pozwalające sprzedawać za granicą towary po cenie niższej od kosztów produkcji.

Rolnicy otrzymują też dopłaty bezpośrednie, zależne np. od wielkości obszaru, który uprawiają, a nie od ilości wyprodukowanego zboża czy mleka. Ten rodzaj wsparcia jest sprawiedliwszy o tyle, że nie premiuje nadprodukcji – nie wspiera przede wszystkim tych, którzy najwięcej produkują. Pośrednio jednak także zaniża cenę amerykańskich i europejskich produktów rolnych, zwiększając ich konkurencyjność.

Skutki, jakie przynoszą wysokie dopłaty do rolnictwa, pokazuje najlepiej przykład międzynarodowego handlu bawełną. 25 tys. farmerów z produkujących bawełnę południowych stanów USA otrzymuje rocznie z budżetu federalnego 3-4 mld dol. Dzięki temu są w stanie sprzedawać bawełnę na rynkach międzynarodowych znacznie taniej od konkurencji – w tym od kilku milionów chłopów z biednych zachodnioafrykańskich krajów Mali i Burkina Faso. Bawełna jest jedynym towarem eksportowym obu tych państw, w których dochód na głowę statystycznego mieszkańca jest blisko sto razy mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych, i których cały produkt krajowy brutto jest niższy od sumy amerykańskich dopłat do bawełny! Ponieważ globalna gospodarka to system naczyń połączonych, tani amerykański eksport spowodował spadek cen skupu bawełny w zachodniej Afryce, pogrążając miejscowych farmerów w jeszcze większej nędzy.

Ekonomiści nie mają wątpliwości, że Amerykanie na swoich wielkich, zmechanizowanych farmach produkują drożej niż żyjący na skraju głodowej śmierci chłopi z Mali, którzy dysponują tylko siłą własnych mięśni. Przychód przeciętnego amerykańskiego farmera produkującego bawełnę przekracza jednak milion dolarów rocznie. Dzięki uzyskanemu z państwowych dopłat bogactwu tworzą oni wpływowe lobby, z którym musi się liczyć każdy kandydat na senatora czy kongresmana. Nic więc dziwnego, że w ustawie o rolnictwie (Farm Bill) uchwalonej przez Kongres w 2002 r. wśród 180 mld dol. na subsydia i dopłaty do amerykańskiego rolnictwa znalazła się też stosowna suma dla producentów bawełny.

Nie chcemy waszego brudnego jedzenia

Kraje zamożne nie tylko dopłacają krocie do swojej żywności, ale także umiejętnie bronią się przed importem produktów rolnych z krajów Trzeciego Świata. Sprzyjają temu cła, bardzo wysokie na produkty rolne – które biedne kraje eksportują – a zwykle niskie (i systematycznie obniżane w ramach kolejnych "rund" negocjacji Światowej Organizacji Handlu) na produkty przetworzone, które częściej eksportują bogaci.

- Coraz większe znaczenie zyskują też bariery niezwiązane z cłami i podatkami – mówi wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa reprezentujący Polskę podczas negocjacji w Światowej Organizacji Handlu. – Wiele krajów stosuje wyśrubowane normy sanitarne, a także utrzymuje skomplikowany system formalności i procedur, przez który trzeba się przebić, żeby w ogóle wejść na rynek.

Minister nie chce mówić, jakie kraje ma na myśli, ale ekspert z Ministerstwa Rolnictwa (który prosi o anonimowość) podrzuca przykłady. Żeby sprzedać żywność w Australii czy w Stanach Zjednoczonych, każdy producent musi przejść przez kosztowną, trwającą czasami kilka lat procedurę uzyskiwania certyfikatu. Taki certyfikat zaświadcza, że np. masło czy szynka spełniają dziesiątki rozmaitych norm. Zapewnia to bezpieczeństwo amerykańskim czy australijskim konsumentom, ale często służy też ochronie rodzimych producentów.

O tym, jak działają tzw. bariery nietaryfowe, przekonali się w zeszłym roku wietnamscy hodowcy sumów. W latach 90. jedna z amerykańskich misji handlowych mających wspierać wolnorynkowe przemiany w tym komunistycznym kraju doszła do wniosku, że w delcie Mekongu istnieją świetne warunki do hodowli sumów. Pomysł sprawdził się nadspodziewanie. Po kilku latach co piąty sum zjadany w Stanach Zjednoczonych pochodził z Wietnamu, a w delcie Mekongu ponad 500 tys. osób utrzymywało się z hodowli tych ryb.

Reakcja wolnego rynku była do przewidzenia – ceny sumów w Ameryce spadły. Do zwalczania azjatyckiej konkurencji zabrało się Stowarzyszenie Hodowców Sumów zrzeszające kilkanaście tysięcy średniozamożnych farmerów znad Missisipi. Stowarzyszenie przekonało Kongres do zmiany nazewnictwa – od zeszłego roku w oficjalnym obrocie handlowym tylko sumy z rodziny Ictaluridae – występujące wyłącznie w Ameryce – mogą nazywać się "sumami". Wietnamskie sumy muszą nosić wietnamskie nazwy "basa" i "tra", które mogą przyciągnąć najwyżej wielbicieli egzotycznych potraw.

Równocześnie wszczęto przeciw Wietnamczykom postępowanie antydumpingowe, podczas którego – jak złośliwie zauważył reporter "New York Timesa" – nazywano jednak ryby z Wietnamu "sumami". Postępowanie zapewne będzie jeszcze trwało długo, ale na czas jego trwania zapobiegawczo nałożono na sumy z Wietnamu cło antydumpingowe w wysokości 64 proc. Ceny skupu ryb w Wietnamie drastycznie spadły, co znacznie obniżyło dochody hodowców.

Podobnych przykładów można znaleźć więcej. Europejczycy są również mistrzami podobnych operacji – np. opatentowaną przez Francuzów nazwę "szampan" może nosić tylko wino musujące z Szampanii, znacznie droższe od wytwarzanych za pomocą identycznej technologii (i zdaniem wielu konsumentów równie dobrych w smaku) "szampanów" z Republiki Południowej Afryki czy Kalifornii.

Kogo stać na rolnictwo?

Jaką funkcję spełniają te wszystkie bariery, dopłaty i subsydia? Eksperci są zgodni – przede wszystkim utrzymują drogie europejskie rolnictwo – w tym także polskie – przy życiu.

- Wyobraźmy sobie, że rolnik posiadający gospodarstwo wielkości 50 hektarów, czyli średnie jak na standardy Unii, sprzedaje swoje produkty bez dopłat. Z punktu widzenia przeciętnych dochodów w Unii zarobiłby bardzo niewiele, bo inne kraje na świecie produkują taniej – mówi prof. Wilkin. – Poziom życia rolników, zwykle i tak niższy od średniej, drastycznie by się obniżył.

- Przy zupełnie otwartym rynku Europa nie ma żadnych szans w konkurencji na rynku rolnym – mówi Marian Brzóska. – Po co produkować cukier z buraków w Niemczech czy w Polsce, skoro ten z trzciny cukrowej jest 2,5 razy tańszy? To się nie zmieni, bo w Brazylii zawsze będzie więcej słońca i tańsza siła robocza.

- W kategoriach czysto ekonomicznych, czyli z punktu widzenia wydajności całej światowej gospodarki, byłoby zapewne lepiej, żeby każdy kraj specjalizował się w tym, co robi najtaniej, a więc aby np. wołowinę produkowano w Argentynie, a zboże w Australii, a nie np. w Polsce czy w Niemczech – mówi prof. Jan Michałek. – Ale co zrobić wówczas z europejskimi rolnikami?

- Znieść dopłaty? Równie dobrze możemy zapytać, czy w ogóle chcemy mieć rolnictwo – mówi wiceminister Plewa. – W Polsce bez wsparcia poradziłaby sobie najwyżej garść gospodarstw liczących po kilkaset hektarów.

Czy więc dopłaty do rolnictwa są jedynie formą pomocy socjalnej? Nie tylko. Wiceminister Plewa wylicza: polityka rolna musi służyć zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego kraju – a więc temu, żebyśmy nie byli całkowicie zależni od importu. Dzięki nim można mieć też pewność, że żywność została wyprodukowana w sposób czysty i zdrowy – bo można uzależniać dopłaty od wypełnienia norm sanitarnych. W dodatku masowa produkcja w farmach-fabrykach, z ekonomicznego punktu widzenia najtańsza i najbardziej wydajna, nie musi być wcale najzdrowsza – ani dla ludzi, ani dla środowiska. Sondaże wykazują, że Polacy są w zdecydowanej większości przeciwni genetycznie modyfikowanej żywności – a masowa produkcja i nacisk na finansowe wyniki, wymuszone przez w pełni uwolniony rynek, sprzyjają stosowaniu w rolnictwie takich innowacji.

Wolny handel: tylko dla średniozamożnych?

Wszyscy eksperci przyznają, że żaden polityk o zdrowych zmysłach, czyli myślący o wyborze na następną kadencję, nie spróbuje zlikwidowania systemu dopłat, barier i ceł ochronnych. Byłoby politycznym samobójstwem mówić protestującym polskim rolnikom – których realne dochody w latach 90. spadły o połowę – że powinniśmy otworzyć swój rynek i zrezygnować z dopłat, bo dzięki nim w niesprawiedliwy sposób zyskujemy uprzywilejowaną pozycję wobec afrykańskich czy azjatyckich farmerów. System można jednak zmienić tak, aby był mniej niemoralny, a przy okazji także mniej kosztowny dla napiętych budżetów państw Unii Europejskiej. W latach 70. dopłaty do rolnictwa pochłaniały ponad 70 proc. budżetu ówczesnej EWG; dziś – po dwóch dekadach zmagań z rolniczym lobby – stanowią jeszcze ponad 40 proc. budżetu Unii Europejskiej. Zwolennicy wolnego handlu lubią powtarzać, że Unia dopłaca prawie 2 euro dziennie do każdej holenderskiej krowy – podczas gdy 1,5 mld ludzi na Ziemi żyje za mniej niż 1 euro dziennie. To oczywiście demagogia, ale pokazuje skalę wydatków.

- Cały problem Unii sprowadza się do pytania: jak zapewnić rodzimym rolnikom odpowiednie dochody, nie zakłócając równowagi międzynarodowego rynku? – mówi Marian Brzóska. – Wszystkie pomysły na zmianę polityki rolnej idą w tym właśnie kierunku.

- Na razie Unia odchodzi od dopłat uzależnionych od wysokości produkcji. Nasi rolnicy będą już dostawać pieniądze w zależności od obszaru gospodarstwa – dodaje prof. Michałek.

Pod presją Światowej Organizacji Handlu dochodzi też do redukcji subwencji eksportowych i ceł. Pewną redukcję dopłat zakładało także porozumienie, które miało zostać zawarte w czasie negocjacji Światowej Organizacji Handlu w Cancun – i które ostatecznie nie doszło do skutku z powodu braku zgody w kwestiach niezwiązanych bezpośrednio z rolnictwem.

- Zamiast dokładać do produkcji, będziemy płacić rolnikom np. za utrzymywanie terenów zalesionych, dbałość o środowisko czy humanitarne traktowanie zwierząt. To są usługi, na które bogate społeczeństwo może sobie pozwolić – mówi prof. Wilkin. – I do tego mamy moralne prawo dopłacać.

Znaczna część tych funduszy, jak zauważa Marian Brzóska, pozostanie jednak ukrytymi dotacjami. – Wcześniej Unia dopłacała rolnikowi do produkcji, więc mógł za to np. wybudować większe kurniki. Teraz te kurniki będzie mógł postawić za pieniądze przeznaczane na humanitarne traktowanie zwierząt. W obu wypadkach wydajność jego produkcji wzrośnie – tłumaczy Brzóska.

Czy zmiany form dotacji zmniejszą rażące dysproporcje w międzynarodowym handlu? Tego nie wie nikt. Obraz dodatkowo komplikuje to, że tak naprawdę nie wiadomo, czy (i ile) najbiedniejsze kraje zyskałyby na uwolnieniu handlu z gorsetu ceł i subsydiów. Tak w każdym razie twierdzą Ralf Peters i David Vanzetti, dwaj ekonomiści z Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rolnictwa, którzy za pomocą skomplikowanego modelu matematycznego oszacowali, kto zyskałby, a kto stracił na przyjęciu rozwiązań z Cancun. Wzrosłyby światowe ceny żywności, bo bogaci przestaliby subsydiować swój eksport. Zyskaliby na tym producenci w biednych krajach, bo mogliby sprzedawać drożej, oraz konsumenci w bogatych – bo ceną za dopłaty i bariery handlowe chroniące rolnictwo w Unii jest droga żywność w jej sklepach. Co ciekawe, według tych prognoz straciliby konsumenci w najmniej rozwiniętych krajach świata, z których wiele importuje dziś subsydiowaną (a więc tanią) żywność. Najbardziej zyskałyby kraje produkujące najtaniej, które mają najwięcej wielkich farm używających metod przemysłowych – m.in. Argentyna, Australia, Nowa Zelandia. Żadne z tych państw nie należy do szczególnie ubogich.

Uganda a sprawa polska

Eksperci zgadzają się – wchodzimy do klubu bogatych, w którym nie my ustalaliśmy reguły gry.

- Tak naprawdę o tym, jak będzie wyglądał światowy handel żywnością, decydują najwięksi producenci – wzrusza ramionami Marian Brzóska. – My na razie nie mamy nic do powiedzenia. Gdy się wchodzi między wrony

Nie ma też wątpliwości – na dopłatach skorzystamy. Kiedy premier Miller negocjował wysokość dopłat do polskiego rolnictwa w ostatniej fazie naszych akcesyjnych negocjacji, kibicował mu cały kraj – prawie jak narodowej drużynie piłkarskiej. Krytyka opozycyjnych polityków sprowadzała się do powtarzania: "Można było dostać więcej". Na temat fundamentów europejskiego systemu dopłat debaty nie było. Także dziś politycy są skłonni go bronić.

- Nigdzie na świecie nie ma wolnego handlu artykułami rolnymi – mówi poseł Mirosław Sawicki z PSL. – Dzięki unijnym dopłatom społeczeństwa z najbiedniejszych państw mają tanią żywność o stabilnych cenach. Nie ma żadnych gwarancji, że kiedy zrezygnujemy z dotacji, światowy poziom produkcji rolnej nie spadnie i wówczas nie wszyscy będą mieli co jeść. Można rozważyć rezygnację z dopłat, jeżeli stworzymy inny system wsparcia dla ubogich rolników w krajach bogatych, bo wcale ich nie jest mało.

- Z punktu widzenia naszego egoistycznego interesu nie powinniśmy być rzecznikami liberalizacji – przyznaje prof. Michałek, który sam określa się jako "zdeklarowany ekonomiczny liberał". – Sądzę, że na uwolnieniu handlu zyskaliby na dłuższą metę wszyscy. Sedno w tym, że nie wszyscy zyskaliby natychmiast i nie wszyscy tyle samo. To pewne, że przynajmniej na początku ponieślibyśmy straty, bo polscy rolnicy produkują za mało wydajnie. Większość naszych gospodarstw musiałaby upaść, co wywołałoby społeczny wstrząs o ogromnej skali. Nasi politycy świetnie o tym wiedzą i dlatego w czasie negocjacji przed wstąpieniem do Unii Europejskiej wydarliśmy z niej tyle pieniędzy na dopłaty, ile się tylko dało.

Wchodzimy w system handlu, który jest w skali globalnej niesprawiedliwy, i będziemy z tej niesprawiedliwości korzystać. To dla nas sytuacja nowa – nie odczuwamy, jak wiele krajów Zachodu, kompleksu winy wobec dawnych kolonii, bo nigdy ich nie mieliśmy. Fakt, że my także wkrótce będziemy odpowiedzialni – choćby pośrednio – za system handlu pogłębiający nędzę Trzeciego Świata, z trudem toruje sobie drogę w polskiej świadomości.

Być może zmieni się to dzięki ekologom. W zachodniej Europie partie Zielonych prowadzą kampanię na rzecz uczciwego handlu. Organizacje zrzeszone w Polskim Klubie Ekologicznym organizują polską część europejskiej kampanii "Żywność i rolnictwo: czas wybierać", która – oprócz promowania zdrowej żywności – ma także zwrócić uwagę na problem dopłat. Punktem kulminacyjnym kampanii stało się przyjęcie 7 listopada przez przedstawicieli 209 organizacji ekologicznych wspólnej deklaracji. Zawiera ona postulat zreformowania handlu produktami rolnymi, by był bardziej sprawiedliwy, zarazem nie szkodząc rolnikom z krajów rozwiniętych, takich jak Polska. Ekolodzy zdają sobie jednak sprawę, że to daleko idąca propozycja.

- Na razie nie mamy wyboru i musimy zaakceptować istniejące reguły handlu. Kiedy będziemy w Unii Europejskiej, zyskamy wpływ na to, jak będą się one kształtować w przyszłości – mówi Ewa Hajduk z Polskiego Klubu Ekologicznego.

Być może. Nikt jednak nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy wówczas skłonni jeszcze będziemy choćby w części zrezygnować z przywilejów, które daje przynależność do klubu bogatych.


– Podczas negocjacji w Cancun zagraniczni dziennikarze wiele razy zadawali mi pytanie: -Jak się pan czuje wśród wyzyskiwaczy? – mówi na zakończenie rozmowy wiceminister Plewa. – Pan jest pierwszym Polakiem, który poruszył ten problem.


Adam Leszczyński (ur. 1975) jest historykiem i dziennikarzem "Wiedzy i Życia". W tym roku za książkę "Naznaczeni", reportaż o AIDS w Afryce, otrzymał nominację do Nagrody im. Beaty Pawlak

 

Nadchodzi agrokolonializm?

mirror artykułu zamieszczonego w PPR

05.01.2009
Przed laty klasyk wieścił widmo komunizmu. Dziś wydarzenia na wschodzie, w Australii i Afryce są zapowiedzią ery agrokolonializmu. Czy obejmie to także ziemie naszego kraju? W Afryce zaczęło się niewinnie, od wizyt polityków przywożących ofertę pomocy gospodarczej. Na przykład Chiny w ostatnich latach  wyrosły na  trzeciego co do wielkości dawcę pomocy żywnościowej dla państw najuboższych. Udzieliły nisko oprocentowanych pożyczek na odbudowę infrastruktury w Angoli (3 mld dol.).
Dziś chińskie firmy budują 1,2 tys. km autostrad w Algierii, inwestują w  wydobycie ropy u wybrzeży Kenii, pola naftowe Nigerii. Afryka, choć bogata w surowce, była  i nadal jest targana wojnami  ale to Chinom nie przeszkadza. W roku ubiegłym wartość handlu pomiędzy Chinami i Afryką sięgnęła 60 mld dol. I było to o 50 proc. więcej niż w 2005 r. Ale to nie wszystko: dziś w Afryce jest ponad 800 chińskich firm, które w sumie zainwestowały tam 6 mld dol.
Jaki był następny krok – oto w roku ubiegłym chińskie firmy zawarły 30 umów kupna lub dzierżawy ziemi rolnej od Kazachstanu po Australię i od Mozambiku do Filipin. Co uprawiają – głównie kukurydzę, ryż i soję. Dostarczają przy tym własne nasiona i siłę roboczą. Chińskie statki, które przypływają z materiałem siewnym, wracają z żywnością. Państwa gospodarze często nawet nie wiedzą, ile tej żywności wypływa z kraju. Chińczycy raczej nie płacą. W zamian za ziemię najczęściej oferują swoje technologie, nie tylko rolnicze. Inwestują w miejscową infrastrukturę – budują szkoły i szpitale.
Jak podaje w ubiegłorocznym  numerze 51-52 tygodnik „Przekrój” pod koniec listopada afrykańska prasa poinformowała, że „południowokoreańska korporacja Daewoo Logistics właśnie kupiła Madagaskar”. Trochę w tej informacji było dziennikarskiej przesady, ale niewiele. Korporacja z Seulu wydzierżawiła od rządu Madagaskaru 1,3 miliona hektarów ziemi na okres 99 lat. To mniej więcej połowa pół uprawnych na tej afrykańskiej wyspie albo – jeszcze inaczej – obszar województwa świętokrzyskiego. Znana skądinąd firma Daewoo nie zamierza na Madagaskarze produkować samochodów, tylko kukurydzę. Koreańczycy liczą, że za 10 lat będą przywozić sobie z tej wyspy pięć milionów ton kukurydzy rocznie. Zamierzają też posadzić palmy, z których zaczną produkować biopaliwa do koreańskich samochodów.
Daewoo ma wynagrodzić tę „neokolonizację” Madagaskarczykom – w ciągu 25 lat zainwestuje na wyspie sześć miliardów dolarów i stworzy 70 tysięcy miejsc pracy. Co prawda większość tych posad obejmą pracownicy z RPA, ale przecież na miejscu będą płacić podatki. Taka inwestycja wygląda dość dziwacznie w kraju, w którym 70 procent ludności żyje w ubóstwie, a ONZ co roku wysyła tam żywność wartości kilkudziesięciu milionów dolarów. Ale biznes jest biznesem.
W 2007 roku podobnych transakcji na całym świecie było kilkadziesiąt. W 2008 roku już ponad 500, a FAO przewiduje, że w przyszłym roku będzie ich około 800. Schemat jest zawsze ten sam. Firma z kraju, któremu los poskąpił czarnoziemu, kupuje lub wynajmuje rolniczą ziemię w biednym państwie, gdzie miliony hektarów leżą odłogiem. Wyprodukowana na tej ziemi żywność nie trafia jednak na międzynarodowy rynek – inwestor produkuje ją wyłącznie dla swojego kraju. Po prostu przesuwa żywność między swoimi oddziałami. Dlatego też, przynajmniej formalnie, gospodarz nie może zablokować wywozu wyprodukowanej przez nią żywności.
Czym wytłumaczyć to nagłe zainteresowanie ziemią? David Hallam – ekspert Światowej Organizacji ds. Żywności ( FAO) jak podaje dalej  „Przekrój” wyjaśnia to następująco: – W czerwcu, gdy na Dalekim Wschodzie ceny ryżu podskoczyły o prawie sto procent, najwięksi jego producenci (Tajlandia i Birma) wstrzymali eksport żywności, aby zagwarantować ryż swoim obywatelom. Co w takiej sytuacji mógł zrobić Katar, który importuje 80 procent żywności (głównie ryż dla swoich gastarbeiterów z Dalekiego Wschodu)? Ostatecznie Katarczycy kupili horrendalnie drogi ryż w Europie. Ale na dłuższą metę nawet ich nie stać na taką ekstrawagancję. A ropy jeść się nie da. Dlatego bogate kraje, które nie są w stanie same się wyżywić, coraz częściej inwestują w „outsourcing produkcji żywności”, czyli w przeniesienie jej do krajów, gdzie jest ona tańsza. W ten sposób bogacze zyskują podwójnie. Po pierwsze, zapewniają sobie bezpieczne dostawy żywności bez względu na sytuację na międzynarodowych rynkach. Po drugie, gwarantują sobie dostawy taniej żywności, bo eliminacja pośredników to dzisiaj spadek ceny towaru o jakieś 20 procent. Liderem w tej dziedzinie nie jest jednak żaden z pustynnych krajów Zatoki Perskiej. Są nim wspomniane wcześniej Chiny. Trudno to sobie wyobrazić, lecz ten ogromny kraj nie potrafi się wyżywić. 40 procent rolników na świecie to Chińczycy, ale Chiny mają tylko dziewięć procent wszystkich pól uprawnych na świecie. W dodatku ich obszar w wyniku urbanizacji zmniejsza się w tempie 600 kilometrów kwadratowych rocznie (to więcej niż powierzchnia Warszawy). W dużym stopniu to właśnie chiński popyt wywindował ubiegłoroczne ceny żywności na światowych rynkach. Jednocześnie Chiny są na tyle bogate, że mogą wydać dowolną sumę na zagraniczne farmy (gdyby Pekin rozdał jutro swoje rezerwy walutowe obywatelom, to każdy dostałby po tysiąc dolarów).
W farmy inwestują także bogate kraje Zatoki Perskiej, dlatego że większość ich mieszkańców to ubodzy imigranci ze Wschodu, dla których kilkuprocentowe wahnięcia ceny ryżu to bardzo poważna spawa. Rządząca w tych krajach elita jak ognia boi się buntu tych biednych imigrantów, dlatego zrobi wszystko, aby mieć dostęp do taniej żywności. Saudyjczycy zainwestowali już w farmy w Pakistanie i w  Sudanie (gdzie rywalizują z Chińczykami).
Gdzie i kto kupuje? Korea Południowa – 2,3 mln ha (w tym 1,3 mln ha na Madagaskarze), Chiny – 2,1 mln ha (w tym 1,24 na Filipinach, 0,7 mln ha w Laosie, 50 tys. ha na Kubie i 43 tys. ha w Australii), Arabia Saudyjska – 1,6 mln ha, Zjednoczone Emiraty Arabskie – 1,28 ( w tym 378 tys. ha w Sudanie i 900 tys. ha w Pakistanie) oraz japonia – 324 tys. ha ( w tym 100 tys. ha w Brazylii, 216 tys. w USA, 21 tys. ha w Argentynie).
Na żywności chcą  zarabiać i to duże pieniądze także banki, co w dobie kryzysu finansowego brzmi jak ironia. Międzynarodowe instytucje finansowe – Goldman Sachs i Deutsche Bank  – zainteresowały się farmami drobiu w Chinach, a bank inwestycyjny Morgan Stanley, kupił właśnie 40 tysięcy hektarów ziemi rolnej na Ukrainie.
Tego rodzaju praktyki spotykają się tu i ówdzie ze zdecydowanymi głosami sprzeciwu. Oto gdy w sierpniu ubiegłego roku okazało się, że walcząca z głodem Uganda odstąpiła Egiptowi ponad dwa procent swojej powierzchni, na ulice wyszli mieszkańcy stolicy i domagali się ustąpienia rządu. Egipskie władze z kolei wynajęły pola uprawne pod Kairem Japończykom, co również wywołało kilkutygodniowe strajki w egipskiej stolicy.
– Trudno jednak krytykować mniej lub bardziej demokratycznie wybrane rządy za to, że godzą się na taki „neokolonializm” – cytuje  dalej „Przekrój” słowa  Steve’a Wiggins’a z ODI, brytyjskiego instytutu badań nad krajami rozwijającymi się. – Szczególnie jeśli zarabiają ma wynajmie pól, które w przeciwnym razie leżałyby odłogiem. W dodatku potężne zagraniczne inwestycje w rolnictwo, do których swoją drogą od lat zachęcał Bank Światowy, zwiększają ilość żywności na świecie, a co za tym idzie – zmniejszają jej ceny. A to akurat powinno ucieszyć biedne kraje Afryki. Martwić może jednak fakt, iż zarówno Chiny  jak i kraje Zatoki Perskiej będą  w swych agrokoloniach prowadzić intensywne rolnictwo przemysłowe wspierane setkami kilogramów nawozów sztucznych. Po kilkunastu latach może się okazać, że ta nietknięta do dziś chemią ziemia będzie w niewiele lepszym stanie, niż gleba na terenach po bazach armii radzieckiej stacjonującej do 1991 r. w Polsce. Ale rządy państw przyjmujących wiedzą o tym doskonale. Jest jeszcze jeden problem – jak zareaguje świat, gdy podczas wielkiego głodu na Madagaskarze pracownicy firmy Daewoo będą pod strażą ładować tony kukurydzy na statki, które w chwilę po załadunku wypłyną w stronę Korei? Czy Polska pośle między innymi właśnie tam okręty wojenne z oddziałami „Grom”-u na pokładzie do ochrony statków przed piratami.
(mal)
Fotomontaż: Cezary Szejgis
Źródło: internet, „Przekrój”

 

 

 

 

 

Dział Systemy

Układy złożone – wstęp
Ewolucja materii – czyli poziom pierwotny 
Teoria chaosu  
Biologia – życie i śmierć, DNA, ewolucja 
Dominacja – władza nad zasobami świata
Ekonomia – kontrola pieniądza
Propaganda – dobór naturalny idei i walka systemów społecznych 

Książki warte przeczytania     Linki – miejsca z podobnymi treściami   Sentencje


Na górę



E-mail: peter . gavagai at gmail . com (at=@)
Ten dokument znajduje się w: http://www.gavagai.pl (c) 1997-2011
Pomóż mi w poszukiwaniach i przyczyń się do rozwoju portalu Gavagai.pl!


Jeśli podoba ci się zawartość portalu Gavagai.pl. spodoba ci się też książka jego twórcy: