Gavagai.pl


Wszechświat

Filozofia

Systemy

Cywilizacja

Świat ludzi

Słowa

Pełny spis treści

Gospodarka światowa


W tym dokumencie:

1. Łukasz Warzecha – Potknięcie, nie upadek – rzecz o padającej gospodarce USA

2. Łukasz Warzecha – Tygrys w śpiączce, czyli historyczny upadek Japonii

SPOŁECZEŃSTWO

W poszukiwaniu Wolności

Prawidłowe definicje

Odkłamywanie Świata

Psychologia

Manipulacje

Wgląd

Sztuka wojny

Historia

Retoryka

Władza i państwo

Artykuły

 

1. Łukasz Warzecha – Potknięcie, nie upadek – rzecz o padającej gospodarce USA

Potknięcie, nie upadek
Gospodarka USA, symbol nowoczesnego kapitalizmu, przeżywa ciężkie chwile za sprawą finansowych skandali.
dodano: czwartek 15 maj 2008 - 13:11:07

W dobie globalizacji w interesie wszystkich jest, by amerykańska gospodarka wyszła z kryzysu oczyszczona. W całkiem innym czasie i innych okolicznościach Wojciech Młynarski śpiewał: "Nic, że droga wyboista. Ważne, że kierunek słuszny!".

Komentator "Financial Times" porównał niedawno zasady rządzące światem wielkich amerykańskich korporacji do tych, którymi kierowała się sowiecka gospodarka. Szokująca teza, ale przecież w dużej mierze prawdziwa. Tak jak w socjalizmie wykorzystywano wszelkie dostępne środki, by sprostać arbitralnie ustalonemu centralnemu planowi, tak w gospodarce USA końca lat 90. robiono wszystko, by wpisać się w schemat nieskończenie rosnących zysków i nieustającego wzrostu cen akcji. Akcjonariusze oczekiwali niemożliwych wyników, a menedżerowie poddali się tej presji, bo nie chcieli być postrzegani jako nieudacznicy. Nastał czas "elastycznego księgowania".
- W latach 90. miałem wykład na Wall Street - wspomina Jan Krzysztof Bielecki, dyrektor w EBOiR. - Wtedy wielu finansistów miało na swoich komputerach wygaszacz ekranu z tekstem "Greed is good" ("chciwość jest dobra"). Kiedy powiedziałem im, że ta maksyma jest szalona, popatrzyli na mnie tak, jakbym to ja był nienormalny.
Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy pokazują, że Bielecki miał jednak rację. Każdy system, nawet najlepszy, można wypaczyć. Jest to tym łatwiejsze, gdy pozwala on zapomnieć o istnieniu ludzkich wad, a w dodatku zawiera bodźce popychające do ulegania pokusom. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie była ukształtowana amerykańska gospodarka lat 90. XX wieku. Teraz politycy robią wszystko, by przywrócić nadszarpniętą wiarę w amerykański model.
Amerykanie mają nadzieję, że WorldCom i inne afery to tylko wyboje na drodze prowadzącej w słusznym kierunku
Mit nowej ekonomii
"Nowa gospodarka" miała oznaczać koniec działającego od stuleci cyklu ekonomicznego, w którym po okresie prosperity następuje recesja lub choćby spowolnienie. Pojawiły się mity, że inwestycje w IT są niezależne od spadku koniunktury i że zyski wielkich przedsiębiorstw będą wciąż rosły.
Rzeczywistość wkrótce brutalnie o sobie przypomniała. W połowie 2001 r. stało się jasne, że w gospodarce nic się nie zmieniło i nadal rządzą nią znane od lat reguły. Wszystkie wskaźniki ekonomiczne leciały w dół. Kolejne firmy ogłaszały korekty wyników, ale prawdziwych przyczyn załamania nikt jeszcze wówczas nie dostrzegał. Wydawało się nieprawdopodobne, że w czasach, gdy każda uczelnia biznesowa prowadzi zajęcia z etyki biznesu, kryzys może mieć podłoże tyleż ekonomiczne, co ideologiczne, a nawet moralne.
Przez jakiś czas ekonomiści i politycy starali się unikać słowa "recesja", aby nie wzbudzać paniki na giełdach. Zachowywali się trochę tak, jak jeden z doradców ekonomicznych prezydenta Cartera, Alfred Kahn, który w latach 70., nie chcąc siać niepokoju, w swoich przemówieniach zastąpił słowo "recesja" słowem "banan". Złych wiadomości jeszcze bardziej obawiali się menedżerowie, bo rynek stał się nadwrażliwy na wszelkie doniesienia o spadkach czy pogorszeniach prognoz. Jedna informacja o niewielkiej rewizji spodziewanych zysków mogła z giełdowego orła uczynić pariasa. To utwierdziło prezesów (CEO) i głównych księgowych (CFO) w przekonaniu, że trzeba zrobić wszystko, aby ukrywać złe wieści. A jeśli oznacza to balansowanie na krawędzi prawa albo nawet jego łamanie - to trudno.
Enron, Tyco, QwestCommunications, Xerox, Global Crossing, WorldCom, Arthur Andersen (audytor Enronu i WorldComu). To tylko początek wyliczanki, która wydaje się nie mieć końca. Jeden, dwa przypadki można by uznać za incydenty, jak na początku chciał prezydent Bush. Ale pięć, sześć? W tych warunkach każdy jest podejrzany.
Kiedy komentatorzy zaczęli mówić o kryzysie amerykańskiego modelu kapitalizmu, walka z oszustwami stała się dla Białego Domu równie ważna jak wojna z terroryzmem. Problem w tym, że narastają wątpliwości, czy sam prezydent trzymał się zasad, na które tak chętnie się powołuje. Odkryto, że na początku lat 1990. Bush, kierując teksańską firmą Harken Energy, nie dopełnił wymogów, prowadząc własne transakcje giełdowe. Wiceprezydent Dick Cheney był natomiast prezesem firmy naftowej Haliburton, podejrzewanej o nieścisłości w księgowaniu i będącej przedmiotem dochodzenia SEC (amerykańskiej komisji giełdy i papierów wartościowych).
Jeśli wyborcy i inwestorzy giełdowi uznają, że Bush - który obiecywał ukrócenie nieczystych praktyk biznesowych i ostre traktowanie nieuczciwych menedżerów - sam działał na granicy prawa, może to mieć fatalne skutki dla gospodarki USA.
Menedżerowie ukrywali prawdę o sytuacji zarządzanych przez siebie firm, bo chcieli zwiększyć lub utrzymać ich wartość giełdową. Dzięki temu maksymalizowali własny zysk. Było to możliwe, ponieważ znaczną część ich wynagrodzeń stanowiły opcje na akcje. To rozwiązanie w latach 90. uznawane było za przełom w zarządzaniu. Dziś uważa się je za jedną z głównych przyczyn kryzysu etyki wielkiego biznesu. Trzeba uczciwie przyznać, że opcje zachwalał także "Businessman Magazine".
Miały one wiązać członków zarządu z przedsiębiorstwem, uzależniając ich pensje od kondycji kierowanych przez nich firm. Wartość opcji przysługujących prezesom wielkich korporacji sięgała czasem setek milionów dolarów. Być może przez jakiś czas był to faktycznie bodziec, by lepiej dbać o rozwój firmy. Jednak związanie opcji z kursem akcji spowodowało, że kurs ten stał się atrakcyjną fasadą, za którą nierzadko kryła się podupadająca konstrukcja. W dodatku amerykańskie standardy księgowania nie wymagały rozliczania opcji jako kosztów.
Jeszcze w październiku 2001 r. prezes Enronu Kenneth Lay zapewniał pracowników, że robi wszystko, by odbudować wiarygodność przedsiębiorstwa. W tym samym czasie sam szybko spieniężył swoje opcje, warte ok. 2 mln dolarów. A pracownicy zostali praktycznie pozbawieni emerytur, które miał zapewnić fundusz powiązany z Enronem.

Rekord pobił CEO Oracle Laurence J. Ellison, który wykorzystał w zeszłym roku opcje o wartości ponad 700 mln dolarów - tuż przed tym, jak kierowana przez niego firma ogłosiła ostrzeżenie w sprawie spodziewanych zysków.
Czy to znaczy, że trzeba zrezygnować z kapitałowego wiązania CEO z firmą i wrócić do zwykłych pensji i premii? Obecne rozwiązania są korupcjogenne i potrzebne są zmiany, nie należy jednak wylewać dziecka z kąpielą.
Niektóre firmy same z siebie zaczęły w swoich raportach uwzględniać opcje jako koszt. Pierwsza taki sposób sporządzania bilansu ogłosiła w lipcu Coca-Cola. Za jej przykładem mają pójść Washington Post Company, Delta Airlines i Heinz. A trzeba pamiętać, że opcje są nie tylko przywilejem prezesów, ale także zwykłych pracowników. Zakwalifikowanie ich jako kosztu może w przypadku niektórych przedsiębiorstw oznaczać poważny spadek zysku.
Coraz częściej mówi się też o rezygnacji z opcji na rzecz udziałów, w dodatku z ograniczeniami uniemożliwiającymi ich sprzedaż przez kilka lat. Udziały wiążą znacznie bardziej stan konta CEO ze stanem firmy niż opcje.
Czarna seria
Stworzony w 1985 r. Enron uważano za przykład amerykańskiego sukcesu, a jego prezesa Kennetha Laya - za jednego z najlepszych CEO w Stanach. 16 października 2001 r. kierownictwo Enronu ogłosiło, że zyski firmy powinny być o około 600 mln dolarów mniejsze, niż podano w ostatnim raporcie. Ruszyła paniczna wyprzedaż akcji. Firma została objęta dochodzeniem SEC. Na początku listopada Enron przedstawił rewizję zysków za ostatnie cztery lata i przyznał się do maskowania długów za pomocą księgowych trików. 2 grudnia Enron wystąpił do sądu o ogłoszenie bankructwa, co w USA, gdy sąd się zgodzi, daje ochronę przed dłużnikami i umożliwia restrukturyzację firmy.
Padając, Enron pociągnął za sobą Andersena, swojego audytora - jedną z pięciu największych firm audytorskich na świecie. Jej katastrofę przypieczętowało ostatecznie wydane w czerwcu orzeczenie sądu kryminalnego, że Andersen utrudniał działanie wymiaru sprawiedliwości w sprawie Enronu, niszcząc dokumenty dotyczące firmy.
Audytorem WorldComu był także Andersen. 25 czerwca szefostwo WorldComu przyznało, że zyski wykazywane od początku 2001 roku powinny być księgowane jako straty. Nieprawidłowo kwalifikowano sumy rzędu prawie 4 mld dolarów, a zyski zostały fikcyjnie powiększone o ponad 7 mld dolarów. Akcje WorldComu, które w szczytowym momencie były warte ponad 60 dolarów, stały się praktycznie bezwartościowe, gdy 22 lipca firma wystąpiła do sądu o ogłoszenie bankructwa.
Xerox - słynny producent sprzętu biurowego - zrewidował w czerwcu swoje wyniki, ogłaszając, że w wyniku "niedopełnienia" standardów audytu w ciągu pięciu lat zyski zostały bezzasadnie powiększone o 1,4 mld dolarów. Xeroksowi udało się dogadać z SEC, ale musi zapłacić karę w wysokości 10 mln dolarów.
Qwest Communications - kolejna firma z branży telekomunikacyjnej - jest przedmiotem dochodzenia SEC w związku z podejrzeniem o wykorzystywanie niedozwolonych praktyk księgowych.
Ostatnio na celowniku znalazły się też dwa wielkie banki, Citigroup i JP Morgan Chase, podejrzane o współudział w fałszowaniu finansowych wyników Enronu.
Kłopotów Global Crossing nie spowodowała "elastyczna księgowość". Licząca sobie pięć lat firma telekomunikacyjna wystąpiła w styczniu o ogłoszenie bankructwa. Przyczyna? Zaciągnięcie olbrzymich kredytów na zakup sieci światłowodowych. Global Crossing zamierzał w przyszłości handlować możliwością przesyłu danych. Wobec krachu na rynku telekomunikacyjnym te rachuby okazały się chybione.
Odbudować zaufanie
Administracja Busha, SEC oraz Kongres zareagowały stanowczo na nadużycia w świecie biznesu. Prawdopodobnie chodziło także o to, by rozwiać wątpliwości dotyczące postępowania samego prezydenta i jego otoczenia.
W ramach Departamentu Sprawiedliwości powołano specjalną jednostkę do spraw przestępstw finansowych. Większe pieniądze dostanie SEC. Pod koniec lipca Kongres zatwierdził reformę prawa dotyczącego wielkich korporacji i audytu. Biznesmenom winnym oszustw finansowych będzie teraz grozić nie 10, jak proponował prezydent, ale 20 lat więzienia (w niektórych przypadkach nawet 25). Prezesi i dyrektorzy finansowi będą musieli osobiście zaświadczać prawdziwość danych podawanych do publicznej wiadomości. Firmy audytorskie nie będą mogły łączyć audytu z innymi formami usług, zwłaszcza z doradztwem finansowym i prawnym. Powstanie także niezależny organ nadzorujący audytorów. Nowe prawo, po błyskawicznym procesie legislacyjnym, George Bush podpisał na początku sierpnia.
- To konieczne rozwiązania - ocenia Tony Housh, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce. - Audytor nie może być wrogiem firmy, którą kontroluje, ale nie może też być zbyt bliskim jej przyjacielem.
Housh zwraca jednak uwagę na pewne niebezpieczeństwo. Ponieważ nowo przyjęte normy są bardzo surowe, prawdopodobnie będą częściej łamane - nie celowo, ale wskutek zwykłych formalnych błędów. Nawet jeśli te błędy nie będą mieć wpływu na rzetelność sprawozdań, to przy obecnym uwrażliwieniu władz i inwestorów taka mimowolna pomyłka może mieć dla firmy fatalne konsekwencje.
Tony Housh uważa, że reakcja rynku na podpisanie przez Busha nowych regulacji wskazuje, iż ludzie wciąż mają wiele zaufania do systemu, a zarazem chcą, by odpowiedzialność CEO była większa. - Choć rynek w USA będzie w najbliższym czasie trochę chwiejny, wierzę, że w dalszym ciągu będzie nagradzać wartościowe firmy - mówi Housh. Na razie jednak stała się rzecz nie do pomyślenia jeszcze pół roku temu: w lipcu kurs dolara zrównał się z kursem euro, a Dow Jones po raz pierwszy od października 1998 r. zamknął się poniżej 8 tys. punktów.
فagodne lądowanie?
W wypowiedziach Alana Greenspana pobrzmiewa ostatnio ton ostrożnego optymizmu. Pozostaje jednak wiele pytań. Jaki wpływ na poziom konsumpcji będzie mieć giełdowa huśtawka? Glenn Hubbard, szef doradców ekonomicznych prezydenta Busha, przestrzega, że spadki na giełdach mogą sprawić, iż konsumenci posiadający akcje - a takich jest w USA znacznie więcej niż w Europie - poczują się ubożsi, a więc zredukują wydatki. A przecież jeśli amerykańska recesja miała łagodny przebieg i faktycznie już się skończyła, to jest to w dużej mierze zasługa właśnie konsumentów, którzy w trakcie kryzysu i po 11 września nie przestali wydawać pieniędzy, kreując popyt.
Prezydent Bush w drugiej połowie lipca ogłosił triumfalnie, że Stany Zjednoczone recesję mają już za sobą. W raporcie przedłożonym Kongresowi 16 lipca również Fed wskazuje na oznaki odbijania się od dna. Raport stwierdza jednak, że "skala rozbudzenia gospodarczego nie jest do końca pewna". Nastroje wśród menedżerów są kiepskie, a wiele firm zrewidowało swoje prognozy finansowe w dół. Szaleńczy taniec giełdowych indeksów nie sprzyja poczuciu stabilizacji.
Greenspan zaznacza, że nie należy się spodziewać radykalnej poprawy. Skoro bowiem konsumenci nie zmniejszyli swoich wydatków w czasie recesji, to znaczy, że brak im teraz pola manewru, by nagle zacząć wydawać znacznie więcej.
Jakie więc będą dalsze losy amerykańskiej gospodarki? Wszystko zależy od tego, czy szybko zostaną zlikwidowane rzeczywiste przyczyny kryzysu. Działania polityków są wycelowane w nieuczciwych menedżerów. A co, jeśli fali skandali winna jest sama konstrukcja amerykańskiego modelu? - Kryzysy mogą się zdarzać, kiedy przekroczy się pewien poziom chciwości i utraci instynkt samozachowawczy - uważa Hanna Gronkiewicz-Waltz, była prezes NBP. - Takie były przyczyny wielkiego kryzysu w latach 1930. Historia gospodarcza uczy zresztą, że cykl ekonomiczny jest niezmienny, kryzysy zdarzają się zawsze, a gospodarki niezmiennie z nich wychodzą. Tak samo będzie tym razem.
Podobnie myśli Tony Housh. - Nie sądzę, by amerykański system był wadliwy. Uważam natomiast, że niektórzy menedżerowie doszli do wniosku, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone. I zapomnieli, że każdy system społeczny czy rynkowy musi się opierać na dobrej wierze.
Jan Krzysztof Bielecki sądzi, że amerykańska gospodarka ma w sobie mechanizmy samonaprawcze. - W Ameryce kapitalizm psuje się od 150 lat - mówi Bielecki. - Tylko że Amerykanie zawsze go naprawiają i mają w tym duże doświadczenie. Kiedy natomiast psuje się coś w europejskiej gospodarce, Europejczycy od razu mają mnóstwo pomysłów: trzecia droga, czwarta droga, połączenie kapitalizmu i socjalizmu. Tymczasem system jest dobry. Potrzebna jest tylko skuteczna i bezwzględna egzekucja dobrego prawa. Amerykanie takie prawo szybko tworzą i są bardzo skuteczni w jego egzekwowaniu. Nam, w Europie i w Polsce, bardzo tego brakuje.
W dobie globalizacji w interesie wszystkich jest, by amerykańska gospodarka wyszła z kryzysu oczyszczona. W całkiem innym czasie i innych okolicznościach Wojciech Młynarski śpiewał: "Nic, że droga wyboista. Ważne, że kierunek słuszny!". Chodziło wówczas o kierunek zgoła przeciwny do tego, w którym zmierza amerykańska gospodarka. Ale i w tym wypadku można te słowa przywołać - tym razem bez ironii.
Żadnej magii, tylko praca
Amerykanie nadal chcą zakładać firmy - mówi prof. Krzysztof Ostaszewski, ekonomista na Uniwersytecie Illinois w Louisville
Co sprawia, że Europa, mimo trudności jakie przeżywają Stany Zjednoczone, wciąż pozostaje za nią w tyle pod względem dynamiki gospodarczej?
Pewien mój znajomy nazywa to klinem między pracownikiem a pracodawcą. Chodzi o takie sprawy jak świadczenia zdrowotne czy emerytura, które w rzeczywistości sprowadzają się do tego, że pracodawca musi płacić za to, że kogoś zatrudnił. Ten klin, czyli różnica między płacą netto a brutto, jest w Europie, a także w Polsce, astronomiczna. A to olbrzymia przeszkoda dla rozwoju gospodarczego. Dlatego właśnie pracownicy często nie odczuwają różnicy w swoich dochodach, gdy rośnie ich wydajność. To zaś oznacza brak bodźca, motywacji, by lepiej i wydajniej pracować. W Ameryce jest inaczej.
Kolejna kwestia to o wiele większa elastyczność amerykańskiego rynku pracy. Na przykład likwidacja nierentownego przedsiębiorstwa jest naturalna, szybka i łatwa.
Pracownicy nie protestują?
W Europie to główna przyczyna utrzymywania przy życiu, najczęściej przy pomocy państwa, nierentownych firm.
Protestów nie ma, ponieważ równie naturalna jest zmiana zajęcia i zawodu. Prócz normalnych uniwersytetów w USA istnieją tzw. community colleges, których zadaniem jest kształcenie dorosłych ludzi na poziomie uniwersyteckim. Z tych kursów korzystają m.in. ci, którzy chcą zmienić profesję. W Europie takie możliwości są chyba tylko w Wielkiej Brytanii. Gdzie indziej zmiana zawodu w wieku np. 40 lat jest bardzo trudna i uznawana za dziwactwo. Trzeba też powiedzieć, że choć każde studia w USA kosztują, to istnieje system pożyczek i ulg podatkowych związanych z tym wydatkiem.
A jeśli ktoś chce rozpocząć własną działalność gospodarczą?
Ma z pewnością mniej formalności do załatwienia, ale co jeszcze ważniejsze - ma znacznie łatwiejszy niż w Europie dostęp do źródeł finansowania takiej inicjatywy. Powiedziałbym, że dostęp do kapitału jest w USA wręcz szokująco łatwy w porównaniu z Europą. W dodatku wielu zwykłych Amerykanów uważa, że jednym z celów w życiu jest założenie własnej firmy.
Czy to znaczy, że Stany Zjednoczone są skazane na sukces bez względu na wszystko?
Niekoniecznie. Sygnały płynące z giełdy są raczej przygnębiające. Niepokoją mnie też posunięcia prezydenta Busha, który w gospodarce przyjął właściwie program partii demokratycznej. Myślę o cłach zaporowych na stal czy subwencjach dla rolnictwa. Jest jednak coś, co daje nadzieję, że Ameryka przezwycięży trudności. Tam po prostu całkiem inaczej myśli się o biznesie. W Europie szef wielkiego koncernu bywa uznawany za kogoś w rodzaju magika lub kapłana, który osiąga świetne efekty w tajemniczy sposób. W USA zdarza się, że prezes jakiejś firmy staje się gwiazdą, ale wówczas ludzie zainteresowani biznesem, zamiast otaczać go niemym podziwem, czytają jego książki, słuchają go i starają się zrozumieć, jak osiągnął sukces. Bo to nie żaden magik, tylko po prostu człowiek, który nauczył się dobrze wykonywać swoją pracę. Jeśli zaczyna popełniać błędy - spada z piedestału. Jak powiedział Adam Smith - "nie ma geniuszów, jest tylko podział pracy".
فukasz Warzecha



2. Łukasz Warzecha – Tygrys w śpiączce, czyli historyczny upadek Japonii

 

Tygrys w śpiączce

Japonia jest w stanie hibernacji. Jeśli nie przeprowadzi reform,
przebudzenie może być bolesne

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych do Japończyków wreszcie dotarło,
że żyją na kredyt. Wciąż jednak nikt nie wyobraża sobie, aby Kraj Kwitnącej Wiśni, jedno z najzamożniejszych państw OECD, mógł podzielić los Argentyny

ŁUKASZ WARZECHA


Do drugiej połowy lat 80. Japonia wydawała się spełnieniem snu o azjatyckim sukcesie.

Okazało się jednak, że jego podstawy były bardziej kruche niż sądzono. Na pierwszy rzut oka mówienie o kryzysie wydaje się absurdalne. Nominalny PKB per capita w 1999 r. stawiał Japonię na drugim miejscu po Szwajcarii, a przed USA, osiągając ponad 34,3 tys. USD. W 2001 r. kraj ten spadł już na trzecie miejsce z ok. 33,9 tys. USD. Eksport netto w 2000 r. osiągnął wartość 13,2 bln jenów, a zagraniczne rezerwy walutowe ponad 361,6 mld USD.

Gdy jednak spojrzeć na dynamiczne wskaźniki wzrostu gospodarczego i wielkości, takie jak bezrobocie albo dług publiczny - okaże się, że dobre czasy minęły. W 1998 r. wzrost PKB Japonii był ujemny i wyniósł -2,9%. W 1999 i 2000 r. odnotował niewielką progresję, by w 2001 r. znów przyjąć wartość ujemną. Narodowy dług publiczny jest olbrzymi i wynosi 130% PKB.

Jak na japońskie warunki, bezrobocie na początku 2002 r. osiągnęło rekordowe rozmiary - 5,6%. W polskiej skali może to brzmieć jak marzenie, ale w Japonii jeszcze do niedawna dożywotnie zatrudnienie i niemal zerowe bezrobocie było czymś oczywistym.

Jakie są tego przyczyny? Bezpośrednie to bardzo niski poziom wydatków konsumpcyjnych oraz przedłużająca się deflacja. Ceny wciąż spadają, a miejsca na manewry stopami procentowymi praktycznie nie ma - obecnie wynoszą one 0,001%. Japończycy zamiast wydawać pieniądze, oszczędzają je w oczekiwaniu na dalszy spadek cen. Przemysł i usługi pozbawione klientów wpadają w coraz groźniejszą stagnację. Wysoka wartość jena to także zmora dla japońskich eksporterów.

Żelazny trójkąt

Nie sposób zrozumieć, gdzie leżą strukturalne przyczyny problemów Japonii, bez wiedzy o skomplikowanych powiązaniach sfer gospodarczych i politycznych. "Żelazny trójkąt" - tak znawcy japońskiej polityki i gospodarki nazywają układ, który trwa od niemal 50 lat. Wierzchołki tego trójkąta to: wielki biznes, rządząca niemal nieprzerwanie od 1955 r. Partia Liberalno-Demokratyczna (PLD) oraz wszechmocna biurokracja.

PLD to splot nieformalnych mechanizmów oraz ośmiu frakcji, z których każda jest powiązana z jakąś grupą interesu. Regułą jest załatwianie przez polityków różnych spraw dla "swoich" grup interesu. Druga potężna grupa to biurokracja. Jej siła jest tak wielka, że niektórzy sądzą, iż posunięcia rządu planuje kadra wyższych urzędników na tajnych spotkaniach.

Cała ta struktura skutecznie opiera się zmianom, bo dobrze służy interesom poszczególnych grup. Zwłaszcza przemysłowi budowlanemu, który w dużej mierze stworzył dobrobyt Japonii, a teraz jest głównym winowajcą kryzysu.

Dzięki przychylności (często nie bezinteresownej) biurokratów i polityków od dziesiątków lat centrum życia gospodarczego były keiretsu - olbrzymie holdingi skupione wokół banków. Banki udzielały ogromnych pożyczek, kierując się zwykle nie ich rynkowym uzasadnieniem, ale podszeptami urzędników.

Kredytowemu szaleństwu w połowie lat 80. sprzyjał także irracjonalny wzrost cen nieruchomości i ziemi, stanowiących zabezpieczenie większości pożyczek. Podobno był moment, gdy ogrody Pałacu Cesarskiego w centrum Tokio były teoretycznie warte tyle, co cały stan Kalifornia albo cała Kanada. Dziś ceny są niższe często o 80% w stosunku do poziomu z wczesnych lat 90.

Wspomaganie wielkiego biznesu służyło zapewnieniu pełnego zatrudnienia. Jako instrument walki z bezrobociem politycy upodobali sobie zwłaszcza przemysł budowlany. Tam, gdzie potrzebne były pieniądze i miejsca pracy, forsowano projekty infrastrukturalne, a do odpowiednich firm pompowano pieniądze. Powstawały tysiące kilometrów autostrad, dziesiątki mostów i wiaduktów, tuneli i lotnisk. Dziś częstym widokiem są supernowoczesne mosty, przez które przejeżdża kilkanaście samochodów dziennie lub autostrady prowadzące donikąd.

Taki mechanizm nie mógł działać wiecznie. Kierowanie - pod wpływem nacisków politycznych - bankowych kredytów oraz publicznych pieniędzy do nieefektywnych firm, realizujących nierentowne przedsięwzięcia - to przepis na katastrofę. I to właśnie dzieje się z Japonią. Z jednej strony miliardy dolarów niespłaconych i niemożliwych do odzyskania kredytów; z drugiej - upadające przedsiębiorstwa i dziesiątki tysięcy ludzi zwalnianych co miesiąc. Począwszy od 1990 r. liczba bankructw systematycznie rosła. Najgorszy był rok 1998. 2000 okazał się jedynie minimalnie lepszy z ponad 19 tysiącami bankrutujących firm. W 2001 r. oceniano, że wartość niemożliwych lub prawdopodobnie niemożliwych do odzyskania kredytów bankowych wynosi 150 bln jenów, czyli 1,23 bln dolarów.

Wszyscy jesteśmy wielkim bratem

W dynamicznych latach 90. to, co wydawało się zaletą Japończyków - pracowitość, lojalność wobec firmy, zdolność do działania zespołowego - zaczęło stanowić obciążenie. Niektórzy eksperci twierdzą, że struktura społeczna Japonii hamuje innowację i uniemożliwia przeprowadzenie niezbędnych reform. Cała nadzieja w młodych Japończykach, którzy coraz częściej zamiast pracy w jednej firmie oraz mozolnej drogi kariery, wybierają zajęcia wymagające indywidualnego podejścia i kreatywności albo zakładają własne firmy.

Jeśli jednak faktycznie źródłem gospodarczych problemów Japonii jest sztywna struktura społeczna, niełatwo będzie to zmienić. W słynnej książce "The Straitjacket Society" ("Społeczeństwo w kaftanie bezpieczeństwa") psychiatra i były urzędnik Masao Miyamoto pisze: "Tym, co wyróżnia japoński "totalitaryzm" jest fakt, że brak tu widocznej postaci Wielkiego Brata. Tu sama struktura funkcjonuje jako Wielki Brat".

Premier lwie serce

Pod koniec lat 90. do Japończyków dotarło, że żyją na kredyt. Potrzeba było zmian w polityce i gospodarce. Przekonanie to ugruntowało kilkanaście miesięcy rządów premiera Yoshiro Mori. Nieudolny i bierny wobec rozwoju wypadków polityk PLD kończył urzędowanie z jednocyfrowym poparciem wyborców. Partia Liberalno-Demokratyczna obawiała się porażki w wyborach w lipcu 2001 r., dlatego zdecydowała się lansować na premiera człowieka opowiadającego się za ostrymi i bolesnymi reformami - Junichiro Koizumiego. Ruch okazał się słuszny. Koizumi podbił Japończyków: wielbiciel opery i ostrego rocka, z falującą grzywą ciemnych włosów, relatywnie młody jak na standardy japońskiej polityki (60 lat), mówił prostym i bezpośrednim językiem, dawno niesłyszanym z ust żadnego polityka. Ostrzegał, że reformy nie dadzą efektów natychmiast, a co więcej - w krótkim okresie będą trudne i bolesne.

Japończycy najwyraźniej nie mieli nic przeciwko temu. W sklepach pojawiły się lalki i koszulki z podobizną premiera, powstawały fankluby. On sam nazywał siebie Lionheart - Lwie Serce. "Wielka nadzieja Japonii" - oznajmiał na okładce opatrzonej zdjęciem nowego premiera prestiżowy "The Economist".

Dzisiaj "The Economist" pisze, że Koizumi ma ostatnią szansę na uratowanie twarzy, a poparcie dla niego wynosi 38%. Premier dotychczas nie przeforsował żadnych znaczących zmian. Nie mógł zresztą działać zbyt ofensywnie, bo jego los spoczywa w rękach szarych eminencji jego partii.

Paradoksalnie największym niebezpieczeństwem jest dla Japonii zachowanie status quo. To bogate państwo. Gospodarka może tam funkcjonować względnie dobrze jeszcze przez lata, notując czasem wzrost ujemny, a czasem dodatni w granicach 1%. Taka sytuacja odpowiadałaby zapewne przedstawicielom wszystkich trzech wierzchołków "żelaznego trójkąta". Jeśli jednak reformy nie zostaną przeprowadzone, gdy można to jeszcze zrobić względnie małym kosztem, przebudzenie może być gwałtowne i bolesne. Nikt dziś nie wyobraża sobie, by Japonię, członka G7 i jedno z najzamożniejszych państw OECD, mógł spotkać los Argentyny. Ale czy kilka lat temu ktokolwiek spodziewał się, że w tym dobrze prosperującym kraju Ameryki Łacińskiej nastąpi finansowa i gospodarcza katastrofa?

Łukasz Warzecha


Dział społeczeństwo:

Wstęp – świadome spojrzenie    · BLOG
Retoryka –
sprawy techniczne robienia wody z mózgu   
Sztuka wojny – jak walczyć skutecznie   
W poszukiwaniu Wolności – prawdy, których znać nie chcemy, w tym myśl libertariańska   
Historia
– kto jej nie zna, jest zawsze dzieckiem  
Odkłamywanie wiata – obraz świata niezależny od naszych sądów  
Prawidłowe definicje – przykłady odkrywania prawdziwej natury zjawisk
Manipulacje – przykłady technik ataku i obrony
Władza i państwo – jak walczyć skutecznie   
Wgląd – wybrane teksty o społeczeństwie, narzędzia obserwacji rzeczywistości   
Fizjologia i psychologia zachowań
– nasze zwierzęce dziedzictwo

Książki warte przeczytania     Linki – miejsca z podobnymi treściami   Sentencje

 

 

Na górę



E-mail: peter . gavagai at gmail . com (at=@)
Ten dokument znajduje się w: http://www.gavagai.pl (c) 1997-2011
Pomóż mi w poszukiwaniach i przyczyń się do rozwoju portalu Gavagai.pl!


Jeśli podoba ci się zawartość portalu Gavagai.pl. spodoba ci się też książka jego twórcy: